Biblijne zrozumienie i praktyka misji
Czy misjonarze powinni pozostać członkami swoich kościołów wysyłających
Wyobraź sobie taką sytuację: para przechodzi przedmałżeńskie przygotowanie z pastorem, który podkreśla ważność „opuszczenia i złączenia się” oraz stania się jednym ciałem. A jednak po ślubie i podróży poślubnej młodzi zaczynają odczuwać presję ze strony obu kochających rodzin. Jedna strona chce, by każde święta spędzali z nimi. Druga udziela porad, jak zarządzać finansami i podejmować decyzje. To wywiera presję na młode małżeństwo. Nie chcą zawieść żadnej ze stron. Odbył się ślub i zmiana domu, ale trudno im żyć jako jedno.
Nawet przy najlepszych intencjach podobnie bywa z kościołami i misjonarzami. Kościoły wychowują i wysyłają misjonarzy na pole, ale zachowują ich na listach członków. Najczęściej robią to z miłości. Jednak utrzymywanie misjonarzy jako członków kościoła macierzystego może osłabić ich zdolność do znaczącego przyłączenia się do kościoła na polu. Misjonarz często czuje większą odpowiedzialność wobec macierzystego kościoła niż nowego. Był akt posłania i zmiana miejsca, ale trudno mu żyć jako część ciała tam, gdzie teraz jest.
Oto historia o tym, dlaczego i jak usunęliśmy siedmiu z naszych 65 członków i zamiast tego nazwaliśmy ich misjonarzami.
Nasz kościół został założony czternaście lat temu. Jesteśmy mali. Nie mamy własnego budynku. Spotykamy się w centrum rekreacyjno‑społecznym YMCA w każdą niedzielę Pańską, aby modlić się, czytać, śpiewać, głosić i „widzieć” (przez ustanowienia Pańskie) Słowo Boże. Gdy się zbieramy, często modlimy się za narody. Przeznaczamy też 20 procent ofiar na misje. Z Bożej łaski mogliśmy wysłać ośmioro naszych członków do narodów. Co za słodki dar dla małego kościoła!
Z każdym z wysłanych misjonarzy ciężko pracowaliśmy, by się modlić i przygotować ich do życia na polu misyjnym. Podkreślaliśmy też ważność dołączenia do lokalnego kościoła już na początku ich służby. Zajęło to trochę czasu i wysiłku, ale każdy z nich dołączył do zdrowego lokalnego kościoła w nowym kontekście.
Mętne, skomplikowane i mylące
Dlaczego więc zachowaliśmy ich członkostwo? W tamtym czasie wydawało się to życzliwe i pełne wsparcia. Nie chcieliśmy, by poczuli, że już nie należą do naszego kościoła. Pytanie jednak brzmi: czy postąpilibyśmy tak w przypadku osoby z branży biznesowej lub reprezentującej inny zawód, która wyjechała za granicę? Nie, nie postąpilibyśmy tak.
Ta rozbieżność mimowolnie rozmywała naszą umowę przymierza członkowskiego, skomplikowała ich nową umowę przymierza członkowskiego i zniekształciła pojęcie członkostwa w oczach świata.
Przykładowo, nasze przymierze wymaga, by każdy członek regularnie gromadził się z naszym kościołem, podporządkowywał się naszym starszym, uczestniczył w grupie domowej, służył potrzebom kościoła, przyjmował Wieczerzę Pańską i wiele innych. Co łączy te elementy? Wymagają obecności. Oczywiście misjonarz po drugiej stronie oceanu nie może być obecny, a więc nie może dotrzymać przymierza. Dochodzą do tego kwestie związane z nowym lokalnym kościołem i jego pastorami. Jak nasi misjonarze mogli w pełni dołączyć do nowego kościoła, skoro nadal byli członkami naszego? Nasza decyzja o utrzymaniu ich członkostwa ograniczała posługę, jaką ich nowe kościoły mogły dla nich i z nimi prowadzić.
Zapytałem dużą grupę pastorów (krajowych i międzynarodowych) o ich poglądy na temat członkostwa misjonarzy. Czy powinno ono pozostać w wysyłającym ich kościele? Czy powinni mieć podwójne członkostwo? A może powinni być członkami tylko w nowym kościele? Co ciekawe, wielu zachęcało, by misjonarze dołączali do lokalnego kościoła, a zatem rezygnowali z członkostwa w wysyłającym ich kościele.
Bardzo pomogły mi te rozmowy, a szczególnie zbudował mnie artykuł Caleba Greggsena, „Who’s in Charge? Authorities in the Life of a Missionary”.
Przyniosłem wszystko przed starszych; dyskutowaliśmy i modliliśmy się. Ostatecznie byliśmy przekonani, że usunięcie członkostwa naszych misjonarzy to najlepsze, co możemy zrobić dla nich, dla nas i dla przyglądającego się świata. Nadal będziemy ich rozpoznawać jako misjonarzy wysłanych przez nas. Pozostaną rozliczalni wobec nas jako pracownicy, ale nie jako członkowie.
Skontaktowaliśmy się ze wszystkimi misjonarzami. Co ciekawe, ponieważ ceniliśmy członkostwo i współpracowaliśmy z nimi przy znajdowaniu zdrowych lokalnych kościołów, nie było dla nich zaskoczeniem, że usuniemy ich z listy członków. Uhonorowało ich to, że nazwaliśmy ich misjonarzami.
Wreszcie poinformowaliśmy członków o rozmowach między starszymi, misjonarzami i doradcami z zewnątrz. Znów nie było żadnych sprzeciwów ani pytań. Zaproponowaliśmy usunięcie ich z członkostwa i nazwanie ich misjonarzami. Kościół jednomyślnie to potwierdził.
Proces ten sformalizował zdrowsze, zorientowane na kościół podejście do wspierania misjonarzy. Zawsze sprawdzaliśmy, modliliśmy się i dowiadywaliśmy się co u nich. Jednak przejście od „członka przymierza” do „misjonarza” zmieniło sposób, w jaki ich wspieraliśmy. Każda z naszych małych grup adoptowała misjonarza, by kontaktować się i regularnie się o niego modlić. Grupy wysyłały też paczki świąteczne za granicę, by misjonarze wiedzieli, że są kochani. Zamiast wpisywać ich na listę członków w katalogu, poświęciliśmy każdemu z naszych misjonarzy osobną stronę.
Oczywiście pojawią się szczególne scenariusze wymagające rozeznania, łaski i elastyczności. Co z misjonarzem służącym tam, gdzie nie ma lokalnego kościoła? Co, gdy wracają na urlop do macierzystego kościoła? Jeśli przenoszą się z jednego kontekstu międzynarodowego do innego, kto pomaga im znaleźć kościół? To dobre pytania, ale nie unieważniają one znaczenia i jasności, jaką lokalne członkostwo daje każdemu wierzącemu.
Trzymanie się członkostwa naszych misjonarzy zaciemniało obraz dla wszystkich. Staliśmy się jak ci kochający rodzice, którym trudno pozwolić dzieciom „opuścić i złączyć się”. Gdy wreszcie puściliśmy ich, zobaczyliśmy błogosławieństwo dla naszego kościoła, naszych misjonarzy i ich nowych kościołów.
Przetłumaczone i opublikowane przez Centrum Edukacji Chrześcijańskiej.

