Biblijne przywództwo kościoła
Czy pastorzy naprawdę mają traktować członków kościoła jak swoje dzieci?
Apostolskie posługiwanie Pawła naznaczone było wytrwałą miłością do Kościoła, miłością podobną do tej, jaką rodzic czuje do swoich dzieci. W 2 Liście do Koryntian 12:14–15 widzimy oddanie:
Oto po raz trzeci przygotowuję się do podróży do was i nie będę wam ciężarem; nie szukam bowiem tego, co wasze, ale was samych; bo nie dzieci powinny gromadzić majątek dla rodziców, ale rodzice dla dzieci.
Ja zaś jak najchętniej sam na koszta łożyć będę i samego siebie wydam za dusze wasze. Czy tak ma być, że im więcej ja was miłuję, tym mniej przez was mam być miłowany?
Paweł został głęboko zraniony przez Koryntian, a jednak gotów jest narazić się na dalszy ból, jednocześnie tęskniąc za ich odwzajemnioną miłością (2Kor 6:11–13).
Jeśli byłeś rodzicem (albo pastorem) choćby przez chwilę, możesz się utożsamić z Pawłowymi słowami. Dajesz, dajesz i dajesz. Poświęcasz swoje życie dla dzieci. W zamian potrafią złamać ci serce, a zwłaszcza te zbłąkane, jak Koryntianie.
Młoda para misjonarzy, spodziewająca się drugiego dziecka, powiedziała mi ostatnio: „Rodzicielstwo jest takie trudne”. W ich głosie brzmiała nuta zaskoczenia i wyczerpania, które są dobrze znane rodzicom, którym dwulatek wywrócił świat do góry nogami.
Nie powiedziałem im wtedy, że nie będzie łatwiej, gdy dzieci rosną. Wychowywanie maluchów jest wyczerpujące fizycznie. Jednak wraz z dorastaniem pojawiają się inne trudności: szkolne dramaty, nauka jazdy (i oby nie rozbicie rodzinnego auta), rywalizacja między rodzeństwem. To wszystko wyczerpuje emocjonalnie. Starsze dzieci potrafią złamać serce w sposób, którego młodsze nie znają. W służbie jest podobnie.
Główną metaforą Kościoła w Nowym Testamencie jest rodzina. Niemal na każdej stronie NT członkowie kościoła nazywani są braćmi i siostrami, a całe ciało kościelne „domem Bożym”. Nic dziwnego zatem, że istotną metaforą apostolskiej posługi Pawła było rodzicielstwo:
Bo choćbyście mieli dziesięć tysięcy nauczycieli w Chrystusie, to jednak ojców macie niewielu; wszak ja was zrodziłem przez ewangelię w Chrystusie Jezusie. Proszę was tedy, bądźcie naśladowcami moimi. Dlatego posłałem do was Tymoteusza, który jest moim umiłowanym i wiernym synem w Panu. (1Kor 4:15–17)
Zabiegam bowiem o was z gorliwością Bożą; albowiem zaręczyłem was z jednym mężem. (2Kor 11:2)
Dzieci moje, znowu w boleści was rodzę, dopóki Chrystus nie będzie ukształtowany w was. (Ga 4:19)
Chociaż jako apostołowie Chrystusa mogliśmy być w wielkim poważaniu; przeciwnie, byliśmy pośród was łagodni jak żywicielka, otaczająca troskliwą opieką swoje dzieci. Żywiliśmy dla was taką życzliwość, iż gotowi byliśmy nie tylko użyczyć wam ewangelii Bożej, ale i dusze swoje oddać, ponieważ was umiłowaliśmy. (1Ts 2:7–8)
Wszak wiecie, że każdego z was, niczym ojciec dzieci swoje, napominaliśmy… (1Ts 2:11–12)
Kościół jest rodziną. Dlatego służba kościelna bardzo przypomina rodzicielstwo.
Można zapytać: „Czy stosowne jest, byśmy, jako pastorzy czy misjonarze, myśleli o sobie w terminach rodzicielskich, skoro nie należymy do grona pierwszych apostołów?”. Zwrócę uwagę, że Paweł często używa liczby mnogiej „my”. Odnosi się do swojego zespołu misyjnego, nie tylko do siebie. Nie było to zatem wyjątkowe dla Pawła1.
Jeśli zgodzimy się, że rodzicielstwo jest trudne, a służba jest jak rodzicielstwo, nie powinniśmy się dziwić, że służba kościelna jest trudna. Wielką pociechą jest dla mnie fakt, że nawet apostoł Paweł miał uczniów, którzy narobili bałaganu.
Bracia w służbie, czy byliście w takiej sytuacji? Czy zostaliście zranieni przez waszą duchową rodzinę? Zranieni przez najbliższych?
Jeśli tak, to nie jesteście sami. Jednak nie wystarczy stwierdzić, że tego doświadczył Paweł, a nawet nasz Zbawiciel. Trzeba pójść krok dalej i odpowiednio na to zareagować, czyli ucieleśnić wytrwałą, rodzicielską miłość.
W 2 Liście do Koryntian 12:14–15 widzę pięć cech stałej, rodzicielskiej miłości Pawła do Kościoła.
1. Troskliwa
Troska Pawła o Kościół wybrzmiewa w słowach: „nie szukam bowiem tego, co wasze, ale was samych”. Paweł nie był w tej relacji dla zysku, a tym bardziej nie dla pieniędzy. Jego pragnieniem, jak każdego dobrego rodzica, było dobro dzieci.
Czy znasz rodzica, który jest samolubny lub chciwy? To straszne. Matka, która ubolewa nad tym, jak dzieci ograniczają jej wolność. Ojciec, który stawia własne ambicje w centrum życia dzieci. Rodzice, którzy wymagają od dzieci, ale ich nie rozpieszczają. Rodzicielstwo nie polega na wykorzystywaniu dzieci, tak jak służba nie polega na „ogołacaniu trzody”. Istotą obu powołań jest troska.
Bracia, czy wasze serca stwardniały? Czy wciąż są czułe i ciepłe jak serce matki, która troszczy się o dzieci?
2. Odpowiedzialna
Odpowiedzialność, jaką Paweł bierze za Koryntian, widać w jego analogii rodzicielskiej. Mówi: „Nie będę wam ciężarem”, nie tylko dlatego, że się o nich troszczy, lecz także dlatego, że „nie dzieci powinny gromadzić majątek dla rodziców, ale rodzice dla dzieci”. Paweł uważa, że to nie Koryntianie mają go zaopatrywać. Ten ciężar spoczywa na rodzicu, a nie na dziecku.
Żyjąc i służąc w różnych kulturach, często słyszałem pytanie: „Czy to prawda, że amerykańscy rodzice wyrzucają dzieci z domu, gdy kończą 18 lat?” Dla wielu kultur nasz zuchwały indywidualizm wygląda na brak troski, a może nawet na coś niechrześcijańskiego. Nie oceniam tu amerykańskiego modelu. Zauważam tylko, że wiele kultur zakłada, iż rodzice długo biorą odpowiedzialność za dobro dzieci. Bez względu na etap dojrzewania Koryntian w wierze, Paweł wciąż widział siebie jako osobę ponoszącą pewną miarę rodzicielskiej odpowiedzialności za ich dobro.
3. Chętna
Paweł mówi do Koryntian: „Jestem gotów przyjść do was. Z radością będę wydany za was. Troszczę się o was”. Nie sprawia wrażenia, jakby ktoś musiał go wyciągać z łóżka, by zatroszczył się o ten kościół.
Krótko po narodzinach naszego pierwszego dziecka zauważyłem, że żona wykonuje całą nocną pracę: karmi, przewija, usypia. Jako dobry mąż zaoferowałem jej noc wolnego: „Przygotuj butelkę, a ja zajmę się resztą”. Ku mojemu zaskoczeniu, właśnie tej nocy syn przespał całą noc. Obudziłem się zadowolony – byłem gotów się poświęcić, ale nie musiałem. Z ulgą powiedziałem: „Nie uwierzysz! Przespał całą noc!”. Żona spojrzała zdumiona. Okazało się, że syn jednak się budził. Popychała mnie, szturchała, wołała: „Elliot, wstawaj”. Odpowiedziałem: „Nie”. (Nie pamiętam tego!). W teorii byłem chętny do pomocy, w praktyce już nie.
Paweł był chętny i ta gotowość przekładała się na aktywną, zaangażowaną, wytrwałą i kochającą służbę. Nikt nie musiał go „szturchać”.
Bracia, czy służycie rodzinie Chrystusa z radością?
4. Ofiarna
Ofiarność Pawła wyraża się w słowach: „Ja zaś jak najchętniej sam na koszta łożyć będę i samego siebie wydam za dusze wasze”. Wielki szkocki kaznodzieja Robert Murray M’Cheyne często powtarzał ten werset (2Kor 12:15) jako: „wydawać i być wydanym”.
Służba kosztuje. Pracujesz. Dajesz. Poświęcasz się. Często bez podziękowań i uznania. Niekiedy nawet pod groźbą cierpienia czy prześladowań.
Jednak w służbie nie tylko „wydajesz”, bywasz także „wydany”. Z moich obserwacji wynika, że misjonarze często zmagają się z tą rzeczywistością. Złożyliśmy już ofiary: opuściliśmy rodziny i to, co znane, by służyć w trudnych miejscach. A jednak Bóg dopuszcza kolejne trudności. Dobrze nam, dopóki to my wybieramy, co „wydajemy”. Gorzej, gdy wybiera Bóg.
Jednak taka jest służba ewangelii. Ty pracujesz, a inni korzystają. Ty dajesz, a inni biorą. Ty się poświęcasz, a ludzie oczekują jeszcze więcej, niż planowałeś dać.
Czyż nie tak bywa w rodzicielstwie? Poświęcasz się, by nakryć do stołu, a dzieci proszą o więcej lub o coś lepszego. Płacisz za szkołę, a proszą o kieszonkowe. Tak po prostu jest. Ofiara w służbie to nie tylko to, co jesteś gotów dać, ale też to, co jesteś gotów znieść dla innych.
5. Wrażliwa (podatna na zranienie)
Wreszcie, Paweł był wrażliwy: „Czy tak ma być, że im więcej ja was miłuję, tym mniej przez was mam być miłowany?”
Jeśli służysz wytrwale i po rodzicielsku, prędzej czy później się oparzysz. Owszem, to normalne i właściwe, że rodzice „są wydawani” ale bywa, że inni nas „wydają” w sposób krzywdzący i niekulturalny. Czasem ludzie cię użyją i nadużyją. Czasem nie odwzajemnią miłości. Wygląda na to, że tak było w Koryncie.
Widziałem, jak pastorzy i misjonarze różnie na to reagują: można się wycofać; trwać, ale zachowując bezpieczny dystans emocjonalny i relacyjny; stać się uważnym i wstrzymywać miłość; zgorzknieć w cynizmie i znieczuleniu; oczekiwać najgorszego, i gdy najgorsze przychodzi, już nawet nie boli, bo przestaliśmy się otwierać na ból.
Jednak nie Paweł. On był podatny na zranienie. Gdy nie był kochany w zamian, to bolało. Czy to znaczy, że był słaby lub egocentryczny? Nie znaczy tylko, że kochał jak dobry rodzic.
- S. Lewis napisał:
Kochać w ogóle to być wrażliwym. Kochaj cokolwiek, a twoje serce będzie ściskane i być może złamane. Jeśli chcesz zachować je nienaruszone, nie powierzaj go nikomu, nawet zwierzęciu. Owiń je starannie w hobby i drobne luksusy; unikaj wszelkich relacji. Zamknij je bezpiecznie w szkatułce czy trumnie swojego egoizmu. Jednak w tej szkatułce, bezpiecznej, ciemnej, nieruchomej, bez powietrza, twoje serce się zmieni się. Nie będzie złamane, ale stanie się niezłamane, nieprzeniknione, beznadziejne. Kochać to być wrażliwym.
Czy otuliłeś serce w hobby, drobne luksusy i emocjonalne ucieczki? Czy zamknąłeś je na klucz? Czy tak bardzo chronisz się przed poparzeniem, że przestałeś cokolwiek odczuwać?
Jedyną drogą, by kochać w ten sposób, jest moc miłości Chrystusa w nas. Tylko uświadamiając sobie, że On pierwszy nas umiłował. Jego miłość jest troskliwa, odpowiedzialna, chętna, ofiarna i wrażliwa aż do umycia nóg tym, którzy zaledwie kilka godzin później mieli Go zdradzić i opuścić.
Nagroda wytrwałej miłości
Tak, służba jest trudna. Tak, służba boli. Jednak jest też niewiarygodnie nagradzająca. Okazując miłość członkom kościoła, otwieramy się nie tylko na możliwość zranienia, ale i na radość.
Jak pisał apostoł Jan: „Nie ma zaś dla mnie większej radości, jak słyszeć, że dzieci moje żyją w prawdzie” (3 J 4). Z kontekstu wiemy, że nie chodzi o dzieci fizyczne, lecz o Kościół. Dla Jana nie było większej radości niż widzieć, jak jego duchowe dzieci chodzą z Chrystusem! Drogą do tej radości jest wytrwała, rodzicielska miłość do Kościoła: troskliwa, odpowiedzialna, chętna, ofiarna i wrażliwa.
Gdy myślę o apostolskim przykładzie Pawła, rzadko na pierwszym miejscu przychodzi mi na myśl miłość. Raczej wielkie dokonania, wielka wiara i wielkie cierpienie. A jednak to jego miłość do kłopotliwej i sprawiającej problemy wspólnocie korynckiej inspiruje mnie najbardziej. Do tej samej miłości wzywa nas Chrystus.
Przypisy
- Można też zadać pytanie: „Czy język ojcostwa jest zarezerwowany tylko dla tych, którzy osobiście prowadzą innych do Chrystusa? Przecież Paweł napisał, że Koryntianie mieli wielu nauczycieli, ale niewielu ojców”. Odpowiedziałbym, że w pewnym sensie tak. Jeśli prowadzimy kogoś do Chrystusa, w wyjątkowy sposób stajemy się jego ojcem lub matką w wierze. Jednak, jak zasugerowałem, odpowiadając na pierwsze pytanie, nie oznacza to, że nie możemy przyjąć ojcowskiej postawy w posłudze wobec tych, których osobiście nie przyprowadziliśmy do wiary. W tym duchu, w 1 Liście do Tymoteusza 3, Paweł napisał, że starsi i diakoni powinni dobrze zarządzać swoimi domami, ponieważ te same cechy są niezbędne do prowadzenia domu Bożego. Również w 1 Liście do Tymoteusza 5 Paweł nakazał młodszym wierzącym traktować starszych wierzących jak matki czy ojców. Relacje rodzinne stanowią zatem wzorzec dla relacji w kościele.
Przetłumaczone i opublikowane przez Centrum Edukacji Chrześcijańskiej.
