Głoszenie ekspozycyjne

Rozmowa Marka Devera i Jonathana Leemana o odnowie kościoła

Autor Jonathan Leeman

Jonathan jest redaktorem serii książek 9Marks oraz 9Marks Journal. Jest także autorem kilku książek o kościele. Po otrzymaniu powołania do służby uzyskał tytuł M.Div. na Southern Seminary oraz doktorat (Ph.D.) z eklezjologii na University of Wales. Mieszka z żoną i czterema córkami w Cheverly (Maryland, USA), gdzie pełni urząd starszego w Cheverly Baptist Church.

Autor Mark Dever

Mark Dever jest pastorem seniorem Capitol Hill Baptist Church w Waszyngtonie (D.C., USA) oraz President Emeritus 9Marks.
Article
04.07.2026

Jonathan: Marku, porozmawiajmy o odnowie kościoła. Na początek chciałbym, żebyś przedstawił porównanie „przed i po” kościoła Capitol Hill Baptist Church – zwięzły obraz tego, jak było wtedy i tego, jak jest teraz.

Mark: W 1993 roku pastor pełniący służbę przede mną złożył rezygnację w niezbyt dobrych okolicznościach. Co więcej, kościół był zlokalizowany w środku miasta z największym wskaźnikiem zabójstw w Ameryce. Od lat 60-tych coraz więcej ludzi wyprowadzało się na przedmieścia, więc wiele kościołów w centrum zaczęło zamierać – wiele się przeniosło albo po prostu zamknęło i sprzedało swoje budynki. CHBC (Capitol Hill Baptist Church) też to odczuł – stał się kościołem starszego pokolenia.

Jonathan: Jak wyglądał wtedy kościół?

Mark: Jak już powiedziałem, kościół składał się głównie ze starszych ludzi. Budynek był w opłakanym stanie. Ale ludzie pozostali wierni: kochali Pana. Nie powiedziałbym, że byli świetnie nauczani, no i przez długi czas mieli pastorów o krótkich kadencjach. Na początku XX wieku mieli jednego pastora bardziej na stałe, ale od końca II Wojny Światowej pastorzy zmieniali się mniej więcej co pięć lat. Wszyscy byli ewangelicznymi pastorami, może poza jednym wyjątkiem. Wszyscy byli biblijne wierzącymi mężczyznami.

Myślę, że społeczność skupiła się głównie wokół – bardziej niż wokół czegokolwiek innego – tożsamości kulturowej. W centrum były m.in. posiłki, określony rodzaj muzyki, programy, aktywności. Myślę też, że mieli poczucie znaczenia, z uwagi na lokalizację budynku, wiesz, kilka przecznic od Sądu Najwyższego i Kapitolu. To dało im poczucie, że jesteśmy w miejscu o wielkiej wadze dla szerzenia ewangelii.

W związku z tym byli bardzo nastawieni na ewangelizację, ewangelizację w stylu Billy’ego Grahama z wezwaniami do wyjścia do przodu i oddania życia Jezusowi i tym podobne. No i mieli misjonarzy, z których większość została wysłana w latach 50-tych przez absolwenta Columbia College, który był wtedy pastorem kościoła i przewodniczył wielkiemu odrodzeniu się działalności misyjnej. Przybyłem do dziedzictwa długiej historii wierności.

Jonathan: Ile ludzi przychodziło regularnie na tamten moment?

Mark: Około 130, większość w wieku 70-75 lat.

Jonathan: Jak wygląda CHBC teraz, ponad 20 lat później?

Mark: Członkowie naszej społeczności nie mieszkają już na przedmieściach, ale tutaj, na Wzgórzu Capitol Hill. Ostatnim razem jak ktoś to liczył, to 55% naszych członków mieszkało w odległości nie większej niż półtora kilometra od budynku kościoła. Kiedy tu przyjechałem, niewiele osób mieszkało w takiej odległości, a nawet większość pastorów przede mną mieszkało na plebanii gdzieś w Wirginii.

Społeczność stała się też dużo młodsza. Średnia wieku wynosi obecnie bodajże 30 lat. Zapełniliśmy wszystkie krzesła, co oznacza, że mniej więcej 1000 osób przychodzi w niedzielę rano. Budynek jest w zasadzie pełny.

I co mogę na ten temat powiedzieć? Zapełniony budynek jest doskonały do tego, żeby pomagać innym kościołom, bo kiedy masz komplet, to już nie musisz podtrzymywać mitu, że jesteście jedynym dobrym kościołem w okolicy. Nagle wolno powiedzieć ludziom, żeby poszli do kościoła, który jest bliżej ich miejsca zamieszkania. Jesteśmy w stanie znajdować inne dobre kościoły albo wspierać rozwój dobrych kościołów, jeśli nie ma żadnych w okolicy.

Jonathan: A ewangelizacja i misyjność? Czy tutaj coś się zmieniło?

Mark: Jeśli chodzi o ewangelizację, w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło. Już nie wzywamy ludzi do wyjścia do przodu, ale w moich kazaniach wzywam ludzi do upamiętania i wiary, mam nadzieję, że równie mocno co pozostali pastorzy, którzy przewinęli się przez ten zbór. Często mówię coś w rodzaju: „Jeśli nie jesteś wierzący i jesteś z nami dzisiaj, chcielibyśmy wręczyć ci egzemplarz książki Grega Gilberta Kim jest Jezus? do przeczytania”. Nie możemy się doczekać owoców tego.

Jonathan: A co z osobistą ewangelizacją? Czy członkowie częściej się teraz dzielą ewangelią?

Mark: Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że częściej. Kiedy tu przyjechałem, kościół był raczej skupiony na „organizowaniu wydarzeń”. Staraliśmy się zaprosić ludzi przez zamieszczanie reklam w radiu lub gazecie albo organizowaliśmy duże wydarzenia, żeby ludzie przyszli i posłuchali, jak opłacany człowiek, profesjonalista, głosi im ewangelię.

Ale dążyłem do zachęcenia ludzi, korzystając mocno z modlitwy, miłości i poczucia winy, żeby zdali sobie sprawę ze swojej odpowiedzialności do głoszenia ewangelii. Chcemy wyposażyć członków naszego kościoła na tyle dobrze, żeby znali ewangelię i żeby mogła szybko znaleźć się na ich ustach. Chcemy, żeby dobrze ją rozumieli, żeby z łatwością przychodziło im wprawne posługiwanie się nią w rozmowach. Żeby wychodziło to bardziej swobodnie, bardziej naturalnie.

Jeśli chodzi o misje, powiem tylko, że ostatecznie wspieramy mniej par, ale za to większymi kwotami.

Jonathan: Jakie są zalety takiego podejścia?

Mark: Nie chcemy żeby ludzie spędzali większości swojego czasu na zbieraniu środków. Więc jeśli jesteśmy ich pewni, zamiast dawać im 500 dolarów rocznie, dajemy 35 000 albo 70 000 dolarów rocznie, tak jakby byli pracownikami naszego kościoła.

To pozwala im rzeczywiście skupić się na misji. Rozjaśnia też naszą relację: oni są wyraźnie odpowiedzialni wobec nas, a my jesteśmy wyraźnie odpowiedzialni za nich.

Jonathan: Przejdźmy teraz do mglistego tematu „kultury” kościoła. Jak jeszcze mógłbyś opisać zmiany, które zaszły w kulturze kościoła, porównując to, co było z tym, co jest teraz?

Mark: Nie byłem w tym kościele wcześniej, więc trudno mi się na ten temat wypowiedzieć. Napotkałem tutaj bardzo życzliwą społeczność, bardzo gościnną, jak na wsi, na południu, skąd pochodziła część członków. Ale teraz nasz kościół charakteryzuje się gościnnością, którą niełatwo wyjaśnić uwarunkowaniami kulturowymi. Jest to bardzo intencjonalna gościnność, często wobec ludzi, z którymi ma się mało wspólnego.

Wcześniej rozmowy prawdopodobnie dotyczyły rodziny i futbolu, natomiast teraz myślę, że dotyczą również kazań, relacji ucznowskich, okazji do ewangelizacji, pytań dotyczących wiary, walki z grzechem – mam nadzieję, że o tym wszystkim rozmawia się otwarcie.

Jonathan: Jesteś tu od 21 lat. Czy „odnowiłeś kościół”? Czy tak byś o sobie powiedział?

Mark: Jestem pewien, że tak o sobie mówiłem i jestem tym bardziej pewien, że inni tak o mnie mówili. Oczywiście jestem w pełni za odnową kościoła, ale zastanawiam się, na ile mówienie o kimś, że „odnowił kościół” może być szkodliwe. Rozważam, na ile zakłada to pewien widoczny sukces naszej służby, kiedy mało myślimy o facecie, który zostanie pastorem kościoła po nas.

W związku z tym, zastanawiam się, na ile dobre jest mówienie o ludziach, którzy „odnawiają kościół”. Oczywiście, pragniemy odnowy kościoła, pragniemy, żeby Bóg odnawiał i ożywiał swój kościół. Jednak mówienie zawczasu: „Odnowię ten kościół” –  cóż, to arogancja, pycha. Możemy mówić o tym, że tęsknimy za tym, pragniemy tego, pracujemy na to.

Niektórzy ludzie pytali mnie: „Czy da się powielić to, co robicie w ramach służby w kościele CHBC”?  Przecież czasami słyszałem takie słowa krytyki od ludzi: „Mark jest fajnym gościem, ale po prostu nie zdaje sobie sprawy ze swojego obdarowania w służbie. Myśli, że to za sprawą dziewięciu cech zdrowego kościoła, więc wszędzie o nich rozpowiada, ale tak naprawdę to po prostu Pan mu błogosławi. Biedni faceci, z którymi rozmawia, są podekscytowani tymi dziewięcioma cechami, a potem nic się nie dzieje”.

Cóż, myślę, że po części rozumiem, co mają na myśli, ale równocześnie chciałbym zauważyć trzy rzeczy.

Po pierwsze, oddaję się służbie modlitwy i Słowa tak jak apostołowie, o czym czytamy w szóstym rozdziale Dziejów Apostolskich, a to na pewno można powielić. Nie ma mowy, żeby było to wyłącznie moją cechą albo unikalnością tego miejsca.

Po drugie, to, co robimy jako kościół: nasze poświęcenie w służbie, nasza teologia, nasze rozumienie kościoła, wspólnoty i członkostwa, wszystko to można powielić. Żadna z tych rzeczy nie jest niepowtarzalna, nic nie świadczy o tym, że nasz kościół jest jedynym miejscem, gdzie te rzeczy działają.

Po trzecie, jeśli ktoś przez „da się powielić” ma na myśli: „Jeśli zrobimy te rzeczy, to bezwzględnie otrzymamy ten rodzaj widocznego błogosławieństwa” – jeśli to mają na myśli, to powiedziałbym, że nie, nic nie da się „powielić” w tym sensie.

Jest to poza naszą kontrolą, a zależne od Ducha Świętego. Nigdy nie pomyślałem sobie: „Przez to, że głosimy ekspozycyjnie, kościół jest zapełniony i ludzie ciągle są zbawiani”. Nawet mnie nie kusi, żeby tak myśleć, bo jestem przekonany, że są kaznodzieje lepsi ode mnie, kaznodzieje, którzy bardziej uważają na dyscyplinę kościelną ode mnie, a ich kościoły nie są zapełnione. Jest to błogosławieństwo Boga, Ducha Świętego, a my mamy tendencję do tego żeby mówić: „Patrzcie! Czy widzicie to wielkie przebudzenie? Zamierzam rozłożyć je na czynniki pierwsze, żeby zobaczyć, jak do niego doszło, a wtedy znajdę nadzwyczajne środki, tak żebym mógł się cieszyć tymi nadzwyczajnymi błogosławieństwami”.

Mimo że słusznie jest pragnąć nadzwyczajnych błogosławieństw, modlić się o nie i pracować na nie, to nie chcemy pracować na nie przez masowe zjazdy modlitewne, nietypowe działania, rzeczy, które nie są normalne. Zamiast tego chcemy pracować nad tymi zwykłymi, codziennymi i cotygodniowymi środkami łaski: głoszeniem Słowa Bożego, chrztem i Wieczerzą Pańską, byciem członkiem lokalnego kościoła, owocem Ducha. To na tych zwykłych rzeczach mamy się skupiać i wtedy, czasami, Bóg błogosławi w zdumiewającej mierze. Więc myślę, że określenie „odnowy” może być użyte dopiero, kiedy spojrzy się wstecz, w celu opisania czegoś, co Bóg zdecydował się zrobić w niektórych kościołach po tym, jak przyjechał do nich nowy pastor.

Jonathan: Więc, patrząc wstecz, czy Bóg odnowił ten kościół?

Mark: Na pewno pod pewnymi względami tak, ale mimo to, o dziwo, nie powiedziałbym, że ten kościół był całkowicie bez życia przed moim przyjazdem. Był to kościół ewangeliczny, głoszona była ewangelia. Socjologicznie i demograficznie kościół doświadczał pewnych trudnych okoliczności i doceniam wierność kościoła, z jaką się tutaj spotkałem. Ale tak, kościół doznał odnowy przez wiele czynników zewnętrznych.

Ale tak jak Paweł napisał w 1 Liście do Koryntian: Ja zasadziłem, Apollos podlał, a wzrost dał Bóg. Więc jeśli naprawdę chcemy uściślić, kto był tym, który odnowił kościół, to musielibyśmy powiedzieć „Bóg”. To On jest tym, który odnawia.

Jonathan: Zobaczmy, czy uda nam się to wszystko podsumować. Więc jesteś za tym, żeby pastorzy oddali się pracy przy odnowie kościoła?

Mark: Tak, bardzo. Jestem bardzo wdzięczny za centrum odnowy kościoła i za wydział zakładania na nowo umierających kościołów prowadzony przez North American Mission Board (Amerykańska organizacja misyjna, przyp. tłum.). Jestem wdzięczny za te wszystkie nowe trendy, ponieważ zachęcają do wierności wielu pastorów znajdujących się w trudnych sytuacjach. Po prostu poruszam kwestię nomenklatury, słów, których używamy i pewnych stojących za nimi założeń.

Jest pewien rodzaj dumy, który przychodzi wraz z myśleniem „Dam radę!”, bo jest to przecież dzieło Ducha Świętego. Możesz się modlić o to, żeby w twoim nowym kościele nastąpiło przebudzenie. Możesz zaplanować przydługie spotkania, na których Bob będzie głosił kazania każdego wieczoru w tygodniu. Ale nie możesz zaplanować tego, że Duch Święty zbawi 17 ludzi, a co dopiero 170.

Jeśli więc zaczynamy mierzyć sukces czegoś na podstawie liczb, możemy usłyszeć historie typu tego dużego kościoła na południu, w którym wcześniej umówieni atrakcyjni ludzie wychodzili naprzód, kiedy zachęcano do chrztu, po to, żeby pozostali odczuwali psychologiczną potrzebę pójścia w ich ślady i podjęcia decyzji chrztu. Ech, to zaprzeczenie ewangelii! Co za ironia, przecież ten kościół uważa, że wychodzi naprzeciw niechrześcijanom, a ja sądzę, że wychodzi im naprzeciw w znacznie większej mierze niż zdaje sobie z tego sprawę.

Innymi słowy, nie bądźmy za bardzo skupieni na liczbach, gdy mówimy o odnowie kościoła.

Jonathan: Porozmawiajmy jeszcze trochę o twoich doświadczeniach. Czy kiedy już oceniłeś stan kościoła po swoim przyjeździe, to miałeś jakiś plan działania na początku swojej pracy? Często mówi się przy tej okazji o wizji. Jaką miałeś wizję? Czy miałeś jakąś strategię?

Mark: Głosić, modlić się, pracować i zostać.

Chciałem głosić Słowo, na poważnie oddać się pracy nad kazaniem w trakcie tygodnia. Chciałem się modlić regularnie każdego dnia, w szczególności przechodząc przez listę członków. Chciałem okazywać miłość ludziom i budować osobiste relacje. Chciałem spróbować czynić uczniami mężczyzn.

Na koniec, chciałem być skłonny do tego, żeby zostać tam na zawsze. Kiedy przewodniczysz nowym działaniom prawie na pewno nie porwie to starszych obywateli. Nie wznieci to zainteresowania wśród ustatkowanych rodzin, chyba że dopiero co przeprowadziły się w te okolice.

Zamiast tego, prawie na pewno wzbudzi zainteresowanie ludzi na różnych etapach życia. Ludzi, którzy przeprowadzili się w te okolice z powodu pracy, ludzi zaraz po studiach. To, że kościół zacznie rosnąć wśród ludzi młodych, mało powiązanych z okolicą, jest niemal nieuniknione.

Więc, pytanie brzmi: „W jaki sposób taka społeczność może przekształcić się w społeczność, w której znaleźliby się również stateczni przedstawiciele lokalnej populacji”?. Żeby świadectwo kościoła stało się długotrwałe i pełne, potrzeba dużo czasu. Będą ludzie, którzy przyjadą na pięć czy dziesięć lat, i Pan będzie ich używał w tym czasie, żeby ci w tym pomóc. Ale niektórzy przyjadą i zostaną na wiele lat. W moim kościele są ludzie, którzy są w nim od 20 lat i dzielą się ze mną tym, jak bardzo ich bolą rozstania. Musieli żegnać się już z wieloma przyjaciółmi. Są w tym bardzo szczerzy i współczuję im, bo również tego doświadczam, ale ja w sumie spodziewałem się tego od początku.

Nie sądzę, żeby było to bezduszne albo że koniecznie sprawi, że staniesz się zimny albo zamknięty, albo coś w tym rodzaju. Myślę, że możesz mieć bogate życie emocjonalne i ogólnie bardzo dobre życie, będąc w społeczności, którą ludzie, opuszczają jadąc gdzieś indziej po pięciu czy dziesięciu latach.

Ale musi być grupa ludzi, która chce zostać. Myślę, że „zostanie” jest elementem, który często pomijamy, mimo że jest bardzo, bardzo ważny.

Jonathan: Brzmisz dużo bardziej jak ojciec, a nie biznesmen. Tak wiele rozmów o rozwoju kościoła przypomina biznesowe rozprawianie o liczbach. A ty mówisz o duszpasterstwie swojego dziecka na różnych etapach jego życia.

Mark: Im bardziej sprowadzimy służbę do biznesu, tym więcej pastorów będzie podkuszonych do myślenia bardziej jak dyrektorzy, a mniej jak duszpasterze. Pomyślą sobie: „Jeśli chcę grać w wyższej lidze, potrzebuję większego audytorium”.

Ale jeśli nie wpadłeś w ten sposób myślenia, a zamiast tego myślisz sobie: „Rety, zdaje się, że Robert naprawdę wyczulił się na ewangelię. Widzę, że wychodzi ludziom naprzeciw, mimo że teraz jest to dla niego fizycznie trudne. Widzę, że wciąż okazuje miłość innym, poświęcając się dla nich, nawet kiedy jego okoliczności ulegają zmianie. To bardzo oddaje chwałę Bogu”. Tego typu opinii i wzrostu duchowego nie da się łatwo przełożyć na liczby. To z pewnością przysporzy wielu frustracji niektórym ludziom w twoim kościele, ale to do starszych należy, żeby mieli na tyle dojrzałą postawę, żeby myśleć długofalowo i zdawać sobie sprawę z tego, że to Bóg ostatecznie będzie oceniał całe to dzieło.

Jonathan: Które z kwestii, z którymi mierzyłeś się na początku, stanowiły dla ciebie wyzwanie?

Mark: Ponieważ nie mieliśmy wielu starszych, wiele kwestii stanowiło znaczące wyzwania. Jeśli mielibyśmy wielu starszych, kościół czułby się dużo bardziej spokojny. Jakiekolwiek wyzwanie było groźne, ponieważ byłem jedynym wyraźnym przywódcą.

Nie wyglądało to na zdrową sytuację dla kościoła. Nie wyglądało na to, żeby dobrze to służyło kościołowi na dłuższą metę. Co więcej, nie uważałem tego za biblijny model. Więc mógłbym wymienić różne kwestie, ale to nie one stanowiły źródło problemu. To nasza struktura wystawiła nas niepotrzebnie na trudne wyzwania.  

Jonathan: Czy potrafiłbyś wskazać na moment, który był punktem zwrotnym w tej sytuacji?

Mark: Kiedy przeszliśmy od sytuacji, w której byłem jedynym uznawanym starszym do sytuacji, w której mieliśmy grono sześciu ustanowionych starszych, to był punkt zwrotny. Było to bardzo ożywcze zarówno dla kościoła, jak i dla mnie. Znacznie trudniej było postrzegać podejmowane przez nas decyzje jako zagrożenie dla kierunku, jaki obrał kościół albo jego jedności.

Jonathan: Więc jeśli miałbyś dać listę porad młodemu pastorowi, który zacznie pracę w kościele wymagającym odnowy, czym powinien się bezwzględnie zająć?

Mark: Głoszeniem dobrych kazań, dążeniem do tego, żeby było wielu kwalifikujących się do tej roli starszych i troską o członkostwo.

Jonathan: Czy mówisz to tylko w kontekście Ameryki, czy to dobre rady wszędzie? Czy można by to samo powiedzieć kościołom w Brazylii, Afganistanie i Japonii?

Mark: Nie znam żadnej kultury, w której te zasady nie byłyby wiernym odzwierciedleniem Pisma. Więc tak, można by to samo powiedzieć w każdym miejscu na świecie.

Jonathan: Jakiego rodzaju błędy popełniałeś? I czego się z nich nauczyłeś?

Mark: Jestem pewien, że nie zawsze byłem świetnie rozeznany w tym, ile konkretne wyzwanie będzie nas kosztować. Mogłem więc sądzić, że służba kobiet będzie kosztowała tyle, małe grupki tyle, służba radiowa, szkoła niedzielna dla starszych kobiet, środowe obiadokolacje, amerykańska i chrześcijańska flaga tyle, i tak mógłbym jeszcze wymieniać. W skrócie, sądziłem, że wiele rzeczy będzie nas ileś tam kosztować, ale okazało się, że koszt był inny, zwykle znacznie większy od założonego. Jeśli mielibyśmy wielu starszych, prawdopodobnie bardziej zdawałbym sobie z tego sprawę.

Często mówię, że młodzi mężczyźni mają bardzo ostry wzrok, ale słabą orientację przestrzenną – i ja taki właśnie byłem. Miałem wyraźną wizję: wiedziałem, co jest słuszne, a co nie, ale nie miałem pojęcia, jak do tego dojść. Młodzi mężczyźni potrzebują starszych mężczyzn, którzy mogliby im w tym pomóc.

Jonathan: Czy myślisz, że do tej pracy „ratowania wymierającego kościoła” potrzeba mężczyzny o konkretnych predyspozycjach?

Mark: To zależy od charakteru kościoła. Ale też myślę, że jeśli masz skłonności do bycia odrobinę walecznym, jesteś trochę nieobyty, jeśli tak opisałaby mi cię twoja żona, to być może byłoby lepiej, jeśli założyłbyś nowy kościół albo rozpocząłbyś służbę w kościele, który już jest zdrowy. Jednak jeśli już znalazłeś się w sytuacji, która wymaga daleko idących zmian, to musisz zacząć od doceniania tego, co jest w niej dobre, zamiast mówić wszystkim naokoło, co jest z nimi nie tak. Więc jeśli Bóg z natury nie obradował cię tego rodzaju łagodnością lub trudno ci ją w sobie wypracować, to będzie to ciężka przeprawa. Znam ludzi, którzy są dużo bardziej kategoryczni. Znają tylko dwie odpowiedzi.

Jonathan: Jakie to odpowiedzi?

Mark: Albo coś jest dobre, albo złe. Co tydzień ludzie zadają mi pytania i odpowiadam coś w rodzaju: „No, nie wiem” – i wcale mi to nie przeszkadza. Za każdym razem, kiedy mówię, że czegoś nie wiem, pozbawiam ludzi wszelkich złudzeń jakobym był Bogiem.

Jonathan: Ostatnie pytanie – w jaki sposób praca nad odnową kościoła wpływa na twoją żonę i dzieci? Co mężczyźni powinni wziąć pod uwagę pod tym względem?

Mark: Myślę, że jeżeli istnieją jakieś oczekiwania wobec Twojej żony i dzieci, to powinieneś chcieć, żeby były jak najjaśniej sprecyzowane, tak żebyś miał możliwość się z nimi zmierzyć lub stanowczo się z nimi nie zgodzić. Twoja żona nie powinna czuć, że rywalizuje o ciebie z twoją pracą, zwłaszcza jeżeli twoją pracą jest kościół. Twój kościół może znaleźć sobie innego pastora, ale twoja żona nie może znaleźć sobie innego męża. Musisz być tego świadom znacznie bardziej niż ona.

Twoja żona musi być gotowa na twoją pracę, ponieważ nie chcesz dać jej żadnego powodu, by jej uczucia względem kościoła oziębły. Tak bardzo, jak to tylko możliwe, powinieneś brać cały ciężar odpowiedzialności na swoje barki.

Mężowie muszą patrzeć długodystansowo. Jeśli tak się nie dzieje, ryzykują więź swojej żony z Panem, na którą wpływa kościół. Potrzebujesz tego rodzaju mądrości, kiedy przechodzisz przez początkowy etap wzrostu. Koniec końców, sukces jest trudniejszy od porażki dla twojej rodziny, ponieważ daje ci coraz większą ilość pozornie dobrych rzeczy do roboty, które mogą wypełnić twój czas.

Ale rodziny rzadko kiedy funkcjonują w ten sposób. Pewnie, mogą być w rozkwicie, odnosić sukcesy, ale ogólnie towarzyszy temu dużo zmagań. Zwycięstwa nie przychodzą szybko, więc każdego mężczyznę może kusić powiedzenie sobie: „Pójdę z powrotem tam, gdzie widzę tego rodzaju wyniki i dostaję tego rodzaju informację zwrotną, zamiast zostawać tutaj, gdzie czuję się niedoceniany i nic nie działa tak, jakbym sobie tego życzył”.

Odnowa kościoła może być niezwykle wciągającą pułapką dla kogoś, kto zakłada nowy kościół albo jest nowym pastorem.

Przypis redakcji: Ten artykuł powstał na podstawie rozdziału z książki A Guide to Church Revitalization, wydanej przez Southern Seminary.